Bezprizornyj internet

Jeszcze trzy, czy nawet dwa lata temu byłem przerażony zbliżającą się nowa erą kultury, czyli korporacjonizmu – jako stylu życia i bytu jednostki. Sądziłem, że narody zastąpią korporacje – oferując rodzinom pracowników mieszkania, opiekę zdrowotną i wykształcenie zdawały się delikatnie zastępować stetryczałe instytucje państwowe.

 

Działo się to zarówno w Ameryce Północnej, jak również w Europie. Sprzyjała temu rozwijająca się gospodarka, w której model silnej korporacji zastępował słabnący model identyfikacji narodowościowej. Tymczasem nadszedł kryzys i korporacje jako pierwsze odkryły swoje słabe strony – czyli wykreowaną wizję swojej supermocy i potęgi.

 

Bo sprawne instytucje zawsze reagują szybko. System lojalnościowy zastępowany jest więc obecnie systemem zadaniowym. Już nie musisz pracować ośmiu godzin – masz wykonać zadanie i uzyskać określony efekt. Nie musisz nas kochać, jako pracownik – masz wybrać nas w sposób racjonalny.

 

Korporacje nadal chcą wiązać ze sobą dobrych i lojalnych pracowników – dlatego dają im coraz większą swobodę. Kreuj i działaj, zamiast dotychczasowego – bądź posłuszny i działaj. Bo inżynieria społeczna musiała zrewidować swoje poglądy obserwując rozwój sieci. Rozsiewany przez internet chaos staje się miarodajnym źródłem wiedzy – generowanej przez ludzi nie posiadających dostępu do mediów i kierowniczych stanowisk.

 

Potencjał ludzki jest przeogromny, a zaangażowanie milionów ludzi we współtworzenie sieci budzi szacunek dla rodzaju ludzkiego. Tymczasem nad internetem nie powiewają jeszcze żadne konkretne sztandary – ani państw, ani korporacji. Miernota i średniość – gloryfikowana w naszej kulturze jeszcze jakiś czas temu - unicestwia się w sieci sama. Stajemy się coraz mądrzejsi, bo nastąpiła na olbrzymią, niespotykaną skalę wymiana doświadczeń, przeżyć i spostrzeżeń ludzi z różnych miejsc świata.

 

Akceptuję ten obraz styku dziesiątek kultur w sieci. Nie wiem, co nam przyniesie przyszłość, ale dla rozluźnienia prezentuję poniżej przykład realnego, a nie virtualnego tygla, czyli fragment koncertu sprzed pół roku – niemiecki Nu Sports oraz japoński The Spymaker śpiewają po angielsku przed japońską publicznością, grając dla nich jamajskie rytmy (adoptowane zresztą w kulturze euroamerykańskiej kilkadziesiąt lat temu przez Brytyjczyków). Tylko jakość obrazu i dźwięku jest taka internetowa…

No comments yet.
Technorati Profile