Cyfrowe wykluczenie po polsku
Koniec kultury przemysłowej nastąpił w sposób niezauważalny. Jedyne jej globalne świadectwo to zdegradowane środowisko naturalne i gigantycznie rozrośnięte przestrzenie miejskie, pełne nikomu nie potrzebnych ludzi.
Społeczeństwo na świecie polaryzuje się w zastraszającym tempie. Miliardy ludzi zostają wykluczone z nowej rzeczywistości – przestają być siłą roboczą, czy siłą nabywczą. Taki los spotyka większość mieszkańców Południa. Jednak Zachód też boryka się ze swoimi problemami – nowymi problemami w ramach istenijącej struktury społecznej.
Jedną z bolączek jest wykluczenie cyfrowe. Ot, taki internet – rozwija się coraz szybciej i ułatwia zarówno komunikację, jak poszerzanie wiedzy – ale tylko tym, którzy sobie radzą z cyberprzestrzenią. Sieć rozwija się coraz szybciej. Ci, których w niej nie ma - nie stoją w miejscu. Oni się cofają, jeśli punktem odniesienia staje się społeczeństwo, które generalnie (?) się rozwija. Bo internet pchnął życie społeczne do przodu.
Internet ujawnia również nieprzydatność istniejącego systemu państwa ery przemysłowej. Nie radzące sobie z digitalizacją instytucje państwowe w Polsce odraczają proces nowej komunikacji, udają, że nie widzą e-klienta. Wsparte setkami ustaw i rozporządzeń chylą czoło przed wydrukowanym papierem, nie dopuszczając do wirtualnej archiwizacji niezbędnych im danych, nie zezwalając na to mieszkańcom, czy podmiotom gospodarczym zarejestrowanym w RP. Obrona jest rozpaczliwa i histeryczna, ale skazana na klęskę, jak większość narodowych powstań zbrojnych.
Aparat biurokratyczny w Polsce jest cyfrowo wykluczony. Ten sam niezaradny twór bierze się za przeciwdziałanie wykluczeniu cyfrowemu – eInclusion. To tak, jakby szacowny woźnica miał uczyć jazdy samochodem kierowców rajdowych. Nowa rzeczywistość doprowadzi tymczasem do nowej struktury społecznej. Kto sobie poradzi, ten zwycięży – mniej zaradny przegra. Za niefrasobliwość oportunistycznych struktur państwowych zapłacimy kastowym podziałem społecznym.