Amerykańska kinematografia popularna nie ma szacunku dla nikogo i dla niczego! Tym razem hollywoodcy producenci wykorzystali kino niezależne, kino lat 30tych, film noir, Johna Dillingera i Johna Edgara Hoovera. I zgrabnie ten mix się prezentuje.

John Dillinger zafascynował mnie kilkanaście lat temu za sprawą trylogii Illuminatus! Roberta Shea i Roberta Antona Wilsona, w której jest jednym z bohaterów. Akcja trylogii toczy się w końcówce lat 60tych ubiegłego wieku – w tej wersji historii współczesnej Dillinger nie ginie w obławie FBI po wyjściu z kina, ale nadal uprawia swoją wojnę z bankierami w nieco bardziej wyrafinowany sposób.

Public Enemies nie jest złym filmem. Dillinger jest dobry, Hoover bezwzględny, realia Wielkiego Kryzysu takie, że na górze wszyscy skorumpowani – a bandyci i federalni albo święci do bólu zębów, albo psychopatyczni – bez względu na stronę barykady. Kulisy powstawania FBI mocno rozrachunkowe…

A kamera i montaż są niezłe. Estetyka niskobudżetowch filmów niezależnych – ale jak to w Hollywood, tylko estetyka. Poza tym surowość – zamiast baroku, szarość i ciemność. Niby pewnie estetyka lat 30tych XX wieku –  do tego ta sugestywna mimika bohaterów, jak z kina noir (czyli trochę późniejsze kino) lub z ekranizacji komiksów (a tych o Dillingerze powstały dziesiątki). Na karb hołdu dla estetyki lat 30tych zrzucę rzewną ostatnią scenę – bo film się broni! A jak się onegdaj kino gangsterskie robiło można przeczytać u Wiktora Skoka.

Co ciekawe, po osiemdziesięciu latach od chwili uchwalenia restrykcyjnego Kodeksu Haysa, który dał podwaliny amerykańskiego popu w kinematografii, bez skrępowania powstają filmy realizujące przed laty odrzucone pomysły reżyserów, takich jak Deryl Zanuck, czy scenarzystów (Ben Hecht i Dahiel Hammet), żeby w kinie gangsterskim pokazywać socjologiczne tło (bieda, korupcja, raczkująca (nie)sprawiedliwość prawa). Takie są oczekiwania widza i tak przewiduje się sukces komercyjny filmu…

August 6th, 2009 | Tags: , , ,

Cieszy mnie bing.com! Jako użytkownik sieci korzystający z wyszukiwarki kilkanaście, a czasami kilkadziesiąt razy dziennie chciałbym wreszcie silnik, który będzie się rozwijał równie szybko, jak internet…

Wyszukiwarka Google w Polsce nie jest wcale lepsza, niż była rok temu – nadal na pierwszych pozycjach popularnych haseł znaleźć można spamiarki naładowane AdWordsami. Nadal polski Gogle nie ma wyszukiwarki pików video, czy audio. Google się starzeje.

Dlatego cieszy mnie bing.com – bo jeśli bym chciał szukać jakiegoś hasła w Wikipedii, to bym wszedł na Wikipedię (w Googlach Wikipedia okupuje pozycje TOP 1 – TOP 3 nawet pod hasłami, które mają jedno zdanie definicji). Kilka TOP 1 słów-kluczy wyskoczyło mi w bingu dużo bardziej trafionych, niż w Googlach - z dnia na dzień niemal jest lepiej!

Testuję sobie bing.com od czerwca i widzę niesamowity rozwój tej wyszukiwarki. Może wreszcie coś się udało Microsoftowi w XXI wieku zrobić dobrze??? Ich mariaż z Yahoo! to kolejny policzek (czy raczej cios w szczękę) flagowego produktu Google. I bardzo dobrze – konkurencja zmusi do tworzenia nowych, inteligentnych tworów zarówno do wyszukiwania, jak i agregacji treści.

Koszt dotarcia do użytkownika też spadnie! W tej chwili standard wyznacza (i pewnie wyznaczać będzie jeszcze) koszt AdWords. Jeśli jednak reklamy w Yahoo! i bing.com będą tańsze, to może i tańszy stanie się koszt dotarcia do userów, których przecież na całym świecie coraz więcej…

Upał mnie wykańcza, więc dziś totalne głupoty tutaj wypisuję… Ile powinna kosztować strona internetowa? Już wiemy – ponad 360 tysięcy. Bo tyle zapłacił za stronę Prezydent RP. Trąbią o tym wszystkie media, więc nawet nie będę szukał linków… Strona jest poprawnie prosta i poprawnie funkcjonalna. Dobry standard.

Oczywiście, warto zauważyć, że w ramach tych 360 tysięcy klient otrzymuje beta testy, przeniesienie informacji, hotline i hosting i wiele innych udogodnień (na przykład dla osób niepełnosprawnych). Bo tego potrzebuje współczesna standardowa strona internetowa wykorzystywana do celów komercyjnych przez okres kilkunastu miesięcy.

Często podczas przetargów słyszę od klientów, że są zaskoczeni rozpiętością ofert i cen proponowanych im rozwiązań. W sumie im się nie dziwię, bo gdyby ktoś nie mający nic do czynienia z motoryzacją postanowił kupić samochód i posprawdzał oferty, to zaskoczyłaby go informacja, że samochód z rocznika 2009 można kupić za 35 tysięcy złotych lub za 2 miliony złotych.

Marka, silnik i jego moc, komputery pokładowe – na tym się jednak w dzisiejszych czasach znamy, czy pracujemy w motoryzacji, czy nie! Możemy porównać poszczególne ceny poszczególnych marek i modeli. Ale jak to przełożyć na koszt strony internetowej?

Dzięki nowej stronie Prezydenta już wiemy, że jego www powinno kosztować ponad 360 tysięcy. Postanowiłem to porównać z jego samochodem i tu… się rozczarowałem! Prezydent kupił bardzo tanią usługę www. Bo zakupiony przez Kancelarię Prezydenta samochód ma kosztować 2 miliony

Już wiem, że za średnią stronę Prezydent RP zapłaci ponad 360 tysięcy, a za samochód (którego nie sposób mi oceniać) – 2 miliony. Czyli samochód w cenie 5 stron! Jak bym nie próbował przeliczać, wyniki są marne. Jeśli więc Prezes Iksiński ze Spółki Y posiada samochód za 300 tysięcy, to powinien zamówić stronę w cenie 60 tysięcy i jeszcze w tej cenie otrzyma coś ciekawego na polskim rynku.

Ale co z całą rzeszą tych, którzy zarządzają firmami i jeżdżą samochodami wartymi około 100 tysięcy? Nawet nie chcę przeliczać… Innymi słowy, prezydencki przelicznik wydatków na samochody i strony internetowe godzi w branżę interaktywną!

July 25th, 2009 | Tags: , , ,

Podobno TMZ.com podał informację o śmierci Michaela Jacksona wcześniej, niż stwierdzili to lekarze – jeszcze w czasie reanimacji króla popu. Byli jednak pierwsi, a w przypadku pomyłki AOL stać by było na kosztowny proces.

Byli pierwsi – początkowo agregacja informacji o śmierci Jacksona oparta była o ich portal. I nie było wpadki. Dzisiaj wpadki zaliczyły Onet, TVN24 i Newsweek. Też zapewne chciały być pierwsze – i poinformowały, że Jarosław Kaczyński jest na Twitterze - http://twitter.com/jarkacz. Sam autor profilu szydził z naiwności dziennikarzy: ‘Profesjonalnej ekipie TVN24 gratuluję “warsztatu dziennikarskiego” Cała prawda całą dobę ;).’,  ‘Teraz pora na “fachowców” z Newsweeka.’

Artykuł na Onecie usunięto szybciej, niż kierujący do niego link ze strony głównej. Kaczyńska kaczka dziennikarska, ale pewnie nie do uniknięcia. Bo każdy chce być pierwszy, każdy chce być źródłem informacji.

July 19th, 2009 | Tags: , , , ,

Internet nie jest chaotycznym zbiorem radosnych tworów i narzędzi. Chociaż jako medium pozwala na swoistą niezależność, czy przypadkowość działań, to jednak wielokrotnie akcentowałem, że dzieją się w nim rzecz mało przypadkowe - wykorzystanie efektu Elizy, Mechaniczny Turek, czy Echelon.

Grid to system, który opiera się na tym samym, na czym funkcjonowało SETIatHome. Dziesiątki tysięcy komputerów na całym świecie połączone ze sobą i współpracujące. Grid korzysta z nowoczesnych światłowodów i logistycznie wspierających go centrów routingu (globalne zmodernizowanie routingu). Przesłanie pełnometrażowego filmu w wersji HD z jednego punktu na naszej planecie do drugiego trwa więc kilka sekund. Wystarczy być w Grid.

Gridy powstają i się rozwijają. Przewidują i uniemożliwiają własną awarię, przewidują transparentny odstęp do zasobów – nie musi nas interesować, na którym serwerze strona leży i co się stanie, jak serwer szlag trafi. Utrata danych i dostępu do nich zminimalizowana jest niemal do zera - zapobiegnie temu dyfrakcja rozsyłana (która łączy to co, najlepsze w dyfrakcji lokalnej i dyfrakcji sąsiadów).

Gridy funkcjonują głównie w ośrodkach naukowych – bodaj ten najsłynniejszy funkcjonuje za sprawą Wielkiego Zderzacza Hadronów (LHC), zainicjowany przez Europejski Ośrodek Badań Nuklearnych (CERN). Wymagane jest więc niebywale wysokie bezpieczeństwo komputerów należących do Grid. Jednocześnie, system scentralizowany staje się bardzo niepraktyczny. Grid jest tworzony w ten sposób, aby jego infrastruktura zezwalała na jednokrotne, wszędzie akceptowalne logowanie.

Grid funkcjonuje dzięki internetowi, internet będzie funkcjonalny jak grid. Potężny internet – posiadający funkcjonalność Grid to łakomy kąsek. Decentralizacja infrastruktur uniemożliwi stworzenie go bez zgody i uczestnictwa dziesiątek podmiotów. Może zresztą nigdy internet nie będzie otwartym metasystemem architektury sieci o niebywałej precyzji i finezji. Póki co, to zasoby sieci rozwijają się dużo szybciej, niż pojawia możliwość dostępu do nich.

Grid pod postacią globalnej sieci mógłby powstać pewnie bardzo szybko – łatwiej go stworzyć, niż udoskonalać światłowody w ramach lokalnej sieci. Na tym jednak polega dowcip – globalizacja sieci w takiej postaci byłaby trudna do skonsumowania przez multikorporacje i rządzących. Bez ich udziału zaś globalny Grid nie powstanie.

July 12th, 2009 | Tags: , , ,

W Polsce niewiele firm doceniło popularność i możliwości e-marketingowych działań w obrębie takich społeczności, jak MySpace, Facebook, czy Twitter. Tymczasem na świecie służą już do wszystkiego. Do cyberprzestępstw również.

Właściciele Twittera zdecydował się na czasowe wyłączenie kont użytkowników, których komputery są zarażone złośliwym oprogramowaniem o nazwie Koobface.

Koobface pojawił się ponad rok temu, a pierwszymi atakowanymi przez niego serwisami były Facebook (Koobface to przecież anagram słowa Facebook) oraz MySpace. Później te mniej popularne - Bebo, Hi5, Friendster oraz LiveJournal.

Koobface jest wredny i świetnie realizuje zadanie, dla którego go stworzono, czyli infekowanie kolejnych komputerów złośliwym kodem. Nie ukrywam, że kilka miesięcy temu sam sobie zainfekowałem jeden z komputerów Koobface’m. Obecnie istnieje niemal 1000 wersji tego oprogramowania (tak twierdzi Kaspersky Lab).

Najnowszy wariant Koobface zainfekował komputery co najmniej kilkuset użytkowników Twistera. W przypadku Twittera dodatkowym problemem jest fakt, iż użytkownikom trudno jest na pierwszy rzut oka ocenić, czy prezentowany im odnośnik prowadzi do bezpiecznej strony. W wiadomościach publikowanych na Twitterze obowiązuje bowiem limit znaków - a to sprawia, że wszyscy korzystają z adresów maskujących oryginalny adres URL.

W Polsce pojawiła się książka Mike Davisa ‘Planeta slumsów’. Obecnie w miastach mieszka 3,2 mld ludzi i jest to więcej, niż wynosiła liczba ludności na całym świecie czasie, kiedy John F. Kennedy zasiadał na prezydenckim fotelu.

Błyskawicznie rozprzestrzeniające się megamiasta zamieszkują miliony, czy już nawet dziesiątki milionów ludzi. Wraz z upadkiem ery przemysłowej i wdrożeniem dyktowanych przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy programów dostosowania strukturalnego w krajach Trzeciego Świata, makabrycznie wzrosła w nich liczba osób niedostosowanych funkcjonalnie.

Mike Davis zasypuje czytelnika setkami faktów z Azji, Afryki oraz Ameryki Południowej. Przeludnienie, choroby, szerząca się przestępczość to tylko hasła, które kryją prawdziwe tajemnice eksplodujących metropolii – slumsów. Przerażające fakty o manipulowaniu rynkiem nieruchomości, zanieczyszczeniu środowiska, czy handlem ludźmi opisane zostały w przeddzień wybuchu światowej recesji, która pogłębia i przyspiesza proces destrukcji organizmu miejskiego.

Przerażające w pogłębianiu miejskiego kryzysu są programy pomocowe, jak chociażby sponsorowany przez Wielką Brytanię projekt Indore, nagrodzony na konferencji Habitat II w Stambule w 1996 roku. Zamiast bieżącej wody i sprawnej kanalizacji, slumsy otrzymały infrastrukturę zapchanych kanałów ściekowych, malarię i cholerę.

Rozrost miejskiej biedoty zmusił amerykańskich taktyków do specjalistycznego planowania operacji wojskowych w terenach zurbanizowanych. Teoria boju asymetrycznego prowadzonego w morzu ludzkiej nędzy była wynikiem m.in. klęski Rangersów w 1993 w walkach z milicją slumsową w Mogadiszu.

Pentagon tworzy doktrynę bezterminowej wojny światowej o niskim natężeniu prowadzonej z mieszkańcami światowych slumsów. Po dziś dzień w jednym największych slumsów świata Madinat as-Sadr nastolatkowie z Armii Mahdiego lżą stacjonujące nieopodal amerykańskie wojska, prowokacyjnie nazywając główny bulwar slumsu Ulicą Wietnamską.

Koniec kultury przemysłowej nastąpił w sposób niezauważalny. Jedyne jej globalne świadectwo to zdegradowane środowisko naturalne i gigantycznie rozrośnięte przestrzenie miejskie, pełne nikomu nie potrzebnych ludzi.

Społeczeństwo na świecie polaryzuje się w zastraszającym tempie. Miliardy ludzi zostają wykluczone z nowej rzeczywistości – przestają być siłą roboczą, czy siłą nabywczą. Taki los spotyka większość mieszkańców Południa. Jednak Zachód też boryka się ze swoimi problemami – nowymi problemami w ramach istenijącej struktury społecznej.

Jedną z bolączek jest wykluczenie cyfrowe. Ot, taki internet – rozwija się coraz szybciej i ułatwia zarówno komunikację, jak  poszerzanie wiedzy – ale tylko tym, którzy sobie radzą z cyberprzestrzenią. Sieć rozwija się coraz szybciej. Ci, których w niej nie ma - nie stoją w miejscu. Oni się cofają, jeśli punktem odniesienia staje się społeczeństwo, które generalnie (?) się rozwija. Bo internet pchnął życie społeczne do przodu.

Internet ujawnia również nieprzydatność istniejącego systemu państwa ery przemysłowej. Nie radzące sobie z digitalizacją instytucje państwowe w Polsce odraczają proces nowej komunikacji, udają, że nie widzą e-klienta. Wsparte setkami ustaw i rozporządzeń chylą czoło przed wydrukowanym papierem, nie dopuszczając do wirtualnej archiwizacji niezbędnych im danych, nie zezwalając na to mieszkańcom, czy podmiotom gospodarczym zarejestrowanym w RP. Obrona jest rozpaczliwa i histeryczna, ale skazana na klęskę, jak większość narodowych powstań zbrojnych.

Aparat biurokratyczny w Polsce jest cyfrowo wykluczony. Ten sam niezaradny twór bierze się za przeciwdziałanie wykluczeniu cyfrowemu – eInclusion. To tak, jakby szacowny woźnica miał uczyć jazdy samochodem kierowców rajdowych. Nowa rzeczywistość doprowadzi tymczasem do nowej struktury społecznej. Kto sobie poradzi, ten zwycięży – mniej zaradny przegra. Za niefrasobliwość oportunistycznych struktur państwowych zapłacimy kastowym podziałem społecznym.

June 21st, 2009 | Tags: , , , , ,

Kilka miesięcy temu doczekałem się szeregu zgryźliwych uwag od emerytowanych klientów szacownego sklepu Społem na warszawskim Muranowie. Innych klientów tam nie było, a mi się zachciało zrobić jakieś spożywcze zakupy, za które postanowiłem zapłacić kartą płatniczą.

Płatność kartą w tym sklepie było czymś nadzwyczaj ekscentrycznym – i niestety, czasochłonnym – na co złożyły się - popsuty terminal, brak łączności i brak kompetencji pani ekspedientki.

Tymczasem 17 czerwca Peter Ayliffe, prezes organizacji Visa Europe dokonał pierwszej w Polsce transakcji zbliżeniowej z użyciem telefonu komórkowego technologią NFC. Peter Ayliffe zjawił się w Warszawie, żeby promować technologię kart zbliżeniowych Visa payWave.

Karty Visa payWave są przeznaczone do płatności o niskiej wartości (do 50 złotych). By dokonać transakcji kartą Visa payWave wystarczy zbliżyć kartę do terminalu, umożliwiając przesłanie informacji drogą radiową. W Polsce wydano już ponad 30 tysięcy sztuk zbliżeniowych kart Visa (wiem tylko o Banku Zachodnim WBK), a zbliżeniowych czytników jest już ponad półtora tysiąca.

W warszawskim Społem na Muranowie raczej się nie przydadzą. Ale będąc miesiąc temu w sklepie na rynku miasteczka Przedbórz, dostałem od pani ekspedientki pełną informację obsługi mojej ‘chipowej’ karty i terminala. Więc może zbliżeniowe czytniki tam akurat dotrą.

June 15th, 2009 | Tags: , ,

Gdybym siedział na twitterze jakiś czas temu, pewnie bym nadal się z dystansem wypowiadał o tym medium. Jednak spędziłem w nim ubiegły weekend - chowając się przed deszczem w wirtualnym świecie.

Siedziałem więc (a właściwie siedzę w każdej wolnej chwili) w topicu #IranElection. W ciągu sekundy pojawiają się dziesiątki twitów w języku angielskim, niemieckim, francuskim i hiszpańskim. Są to zarazem informacje bezpośrednio z Teheranu - @persiankiwi: we do not know if foreign press are covering this. we cannot access satellites. #Iranelection; @persiankiwi: Militia still attacking people in sidestreets but main roads are peaceful marchers. #Iranelection, jak również tysiące linków do zdjęć, artykułów i filmów publikowanych na całym świecie.

Autentyczna agregacja najświeższej treści poświęconej określonej tematyce. Błyskawiczna dystrybucja w obrębie całego świata. Dla mnie ekscytujące. Co więcej, następuje też interakcja. Wczoraj zhakowana została strona - http://english.khamenei.ir - oczywiście, przez użytkowników Twittera. Media tradycyjne zaś informują o roli Twittera w irańskim powyborczym kryzysie.

Technorati Profile